Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Wersja z 2015-08-31

Dlaczego na Ziemi z pewnością zdarzały się wielkie katastrofy?

Do napisania tego artykułu sprowokowała obecna sytuacja na polskim rynku wydawnictw paleontologicznych. Od lat nie mamy bowiem nowoczesnego, systematycznego podręcznika paleontologii, a skądinąd oryginalne, momentami ciekawie napisane i kilkakrotnie wznawiane „Dzieje życia na Ziemi” nie do końca spełniają wymagania stawiane podręcznikom.

Autor tej publikacji, prof. Jerzy Dzik, prezentuje w nim bowiem szereg hipotez, które nie mieszczą się w głównym nurcie nauki, i jako takie nie powinny być w ogóle omawiane w podręcznikach. Z zagadnień ogólnych wymienić tu można zaskakującą tezę, jakoby tempo ewolucji było największe, gdy warunki środowiska pozostają stałe. Z zagadnień szczegółowych uderza zwłaszcza upieranie się autora przy dawno już odrzuconym poglądzie, że ptaki nie wywodzą się z dinozaurów, ale ze pewnej słabo poznanej, rzekomej linii rozwojowej gadów, określanej czasem jako Avicephala. Tymczasem dziś, w obliczu opisania wielu gatunków upierzonych dinozaurów, nie ma już w zasadzie rzetelnych paleontologów, którzy wciąż jeszcze usiłowaliby negować związki ptaków z celurozaurami z grupy Maniraptora. Pokrewieństwo zaś form łączonych kiedyś w grupę Avicephala (czyli istnienie tej linii rozwojowej) nie jest już właściwie w ogóle brane poważnie pod uwagę.

Każdy ma oczywiście prawo publikować swoje prywatne poglądy, jednak podręcznik powinien bazować głównie na tym, co jest powszechnie uznawane w świecie nauki. Wytworzyła się sytuacja niekomfortowa dla polskiego studenta, który biorąc do ręki dzieło prof. Dzika otrzymuje bardzo zafałszowany w niektórych miejscach obraz współczesnej paleontologii.

Poglądy na dzieje biosfery

Tematem tego artykułu będzie jeszcze jedna niezgodność „Dziejów życia na Ziemi” z oficjalną nauką, mianowicie ta dotycząca kwestii katastrof w przeszłości naszej planety. Prof. Dzik bądź w ogóle nie dopuszcza istnienia takich katastrof, bądź neguje wielki wpływ, jaki wywarły na dzieje ziemskiej biosfery. Tymczasem zdanie współczesnej nauki jest w tej sprawie całkiem inne: wielu wybitnych paleontologów przyjmuje za wiarygodne wystąpienie w przeszłości rozmaitych zdarzeń, które były przyczyną masowego wymierania i gwałtownego przyśpieszenia zmian ewolucyjnych. W szczególności zaś, wbrew temu, co można przeczytać w podręczniku Dzika, współczesna nauka uważa, że upadek asteroidy 66 mlt1 był przyczyną zagłady dinozaurów lub przynajmniej do tej zagłady przyczynił się w sposób istotny. A jeśli nawet brane są pod uwagę inne możliwe przyczyny wymierania na granicy kredy i paleogenu, to także one mają charakter ogólnoplanetarnych katastrof2.

W kwestii istnienia bądź nieistnienia w przeszłości jednostkowych zdarzeń, powodujących zdziesiątkowanie form życia na naszej planecie, od bardzo już dawna ścierają się dwa poglądy. Pierwszy, gradualizm, neguje ich istnienie i dopuszcza wyłącznie powolne, stopniowe zmiany organizmów, drugi zaś, katastrofizm, dopuszcza istnienie katastrof w dziejach Ziemi.

W istocie dość niewinny spór gradualistów i katastrofistów uległ znacznej komplikacji, gdy zaczęto dokonywać nieuprawnionych uogólnień (co niestety zdarza się w nauce nader często) i połączono go z dyskusją na całkiem inne tematy. Mianowicie gradualizm powiązano z przekonaniem o linearności natury i jej zdolnością do zmian (z ewolucjonizmem), zaś katastrofizm z poglądem o wieloliniowości życia i kreacjonizmem. Warto przyjrzeć się temu problemowi szczegółowiej.

Unilinearyzm i multilinearyzm

Unilinearyzm – przekonanie o linearności natury – wyrażał już Arystoteles, który stworzył filozoficzną koncepcję drabiny jestestw, Scala Naturae. Koncepcja ta wyrażała jedynie pogląd na organizację rzeczywistości i nie miała pierwotnie nic wspólnego ani ze zmiennością tej rzeczywistości w czasie, ani z pytaniem o realność ogólnoplanetarnych katastrof. W epoce nowożytnej koncepcję linearności natury rozwinęło wielu innych myślicieli, zwłaszcza osiemnastowieczny przyrodnik szwajcarski Charles Bonnet. Według niego na samym dole drabiny tkwić mają cząstki elementarne i atomy, powyżej nich ogień, powietrze, substancje chemiczne, minerały, skały, powyżej nich skałorośla, korale, grzyby, porosty, rośliny (przy okazji widać, że już Bonnet grzybów za rośliny nie uważał), następnie owady, mięczaki, węże, ryby (w tej kolejności!), ssaki czworonogie, w końcu małpy i na samym szczycie człowiek. Linearystą był także francuski anatom Étienne Geoffroy de Saint-Hilaire w końcu XVIII i początkach XIX wieku. Porównywał on między innymi ośmiornice i kręgowce, dowodząc, że istnieje tylko jeden, wspólny dla wszystkich zwierząt plan budowy.

Przeciwnikiem Saint-Hilaire’a był Georges Cuvier, inny francuski zoolog i anatom, twórca multilinearyzmu – idei istnienia wielu linii rozwojowych, czyli jakby wielu równoległych drabin stworzeń. Każde znane mu zwierzę przypisał on najpierw do jednego z typów, zwanych przez niego rozgałęzieniami lub konarami, embranchements, a następnie do jednej z gromad w obrębie „konaru”. Każdy konar charakteryzować się miał określonym planem budowy ciała, każda z gromad reprezentować miała natomiast stopień organizacji w obrębie danego konaru.

Podkreślmy, że choć unilinearyzm pierwotnie łączono z transformizmem, a następnie z rodzącym się ewolucjonizmem, natomiast multilinearyzm z antyewolucjonizmem (przekonaniem o stałości gatunków) i z kreacjonizmem, to jednak takie związki okazały się całkowicie bezpodstawne. Cuvier miał bowiem rację: przy bliższej analizie okazuje się, że istot żywych nie da się ułożyć w jeden łańcuch, i to niezależnie od przekonania o stałości lub zmienności gatunków. Wspólny plan budowy głowonogów i kręgowców jest przecież iluzją. Jeszcze wyraźniej widać istnienie wielu linii rozwojowych, gdy porównujemy np. kręgowce z grzybami i roślinami lądowymi. Niezależne od siebie poziomy organizacji możemy przecież wyróżnić w obrębie każdej z tych linii, choćby tylko po to, by dokonać wygodnej klasyfikacji rozpatrywanych organizmów.

Idee stałości i zmienności gatunków

Pytanie o stałość lub zmienność gatunków nie ma w istocie żadnego związku z pytaniem o to, czy istoty żywe można uporządkować linearnie czy też w formie wielu linii. Niejasne pozostają więc przyczyny łączenia poglądu o stałości gatunków (antyewolucjonizmu) z multilinearyzmem oraz poglądu o ich zmienności (ewolucjonizmu) z unilinearyzmem. Nie do końca słuszne jest też wiązanie antyewolucjonizmu z kreacjonizmem (poglądem o istnieniu Stwórcy, który dał początek życiu na Ziemi) oraz ewolucjonizmu z naturalizmem (poglądem o rozwoju życia wyłącznie w wyniku działania praw natury).

Zasada parsymonii

W nauce obowiązuje zasada zwana brzytwą Occama (lub błędnie: Ockhama), polegająca, mówiąc potocznie, na niemnożeniu bytów ponad miarę, a więc na poszukiwaniu najprostszych objaśnień niesprzecznych z faktami, i przyjmowaniu ich jako słuszne. Jedną z jej implementacji jest zasada parsymonii (z łac. parsus ‘zaoszczędzony’), zgodnie z którą przyjmować należy koncepcję wskazującą najprostszy, najoszczędniejszy, najbardziej ekonomiczny przebieg wydarzeń jako najbardziej prawdopodobny. Niekiedy oznacza to wręcz, że lepsza jest koncepcja bardziej intuicyjna – przynajmniej tak długo, jak długo nie znamy faktów, których nie sposób objaśnić z jej pomocą. Intuicji powinna jednak towarzyszyć pogłębiona analiza problemu, nie można bowiem ograniczać się jedynie do pozorów.

Kreacjonizm

Zastosowanie zasady parsymonii można zilustrować, analizując różne odpowiedzi na pytania o początki świata, zwłaszcza rozumianego potocznie jako to, co nas otacza (czyli Ziemię wraz z jej biosferą). Prawa fizyki w nim obowiązujące nie pozwalają przecież odpowiedzieć na pytanie o to, skąd się wziął. Kreacjonizm rozwiązuje problem początku świata, zakładając, że został on stworzony przez Boga (lub bóstwa). Tym samym według zwolenników tego poglądu powstanie życia nie miało charakteru naturalnego – nie dokonało się zgodnie ze znanymi prawami fizyki, wymagało interwencji przyczyn nadnaturalnych.

Kreacjoniści, próbując bronić swoich poglądów, argumentują, że o ile prawa natury świetnie opisują, jak funkcjonuje wszechświat, o tyle nie mogą one objaśnić jego pochodzenia, bo są jego immanentną częścią. Mówiąc nieco inaczej, istnienie praw natury nie pozwala nam odpowiedzieć na pytanie, skąd te prawa się wzięły. Trudno nie przyznać racji tym uwagom, trzeba tylko jeszcze przeanalizować, czy odpowiedź kreacjonistów rzeczywiście spełnia warunki narzucone przez zasadę parsymonii.

Zacznijmy jednak od ważkiej uwagi, że koncepcja kreacjonizmu jest w istocie bardzo szeroka i niejednorodna, i przez to sprawia wrażenie mocno niedopracowanej. Utrudnia to znakomicie jakąkolwiek wymianę zdań z kreacjonistami, ponieważ po prostu nie wiadomo, o czym mamy dyskutować. Nie wiadomo przede wszystkim, czym dla kreacjonisty jest „świat”. W zależności od sposobu rozumienia tego pojęcia można wyróżnić kilka odmian kreacjonizmu.

I tak, gdyby przez „świat” rozumieć „wszechświat”, mielibyśmy do czynienia z kreacjonizmem kosmogonicznym. Często przyjmuje się przy tym, że kosmos został stworzony ex nihilo – z niczego. Zauważmy, że teza, jakoby początek wszechświata (kosmosu) był wynikiem stworzenia, nie daje odpowiedzi na pytanie o to, jak ten nowo stworzony wszechświat wyglądał i czy podlegał jakimś dalszym zmianom. Warto podkreślić na przykład, że z kreacjonizm kosmogoniczny per se nie przeczy ewolucji biologicznej ani nawet biogenezie – powstaniu życia bez ingerencji sił nadprzyrodzonych.

Kreacjonizm biogenetyczny (biologiczny) z kolei skupia się na rozumieniu „świata” jako synonimu naszej planety i przyjmuje, że życie na Ziemi rozwinęło się w wyniku aktu twórczego. Koncepcja ta nie jest związana ściśle z kreacjonizmem kosmogonicznym, a więc ani nie wynika ona z przyjęcia powstania wszechświata z niczego (i to nawet wtedy, gdy wyraźnie stwierdzimy, że stało się to za sprawą Stwórcy), ani też z niej nie musi wynikać stworzenie wszechświata (choć pogląd o naturalnym początku wszechświata i nienaturalnym początku życia należałoby uznać za dość dziwaczny). Kreacjonizm biogenetyczny i kreacjonizm kosmogoniczny są to po prostu dwie różne koncepcje, całkowicie niezależne od siebie.

Istnieje też pogląd, nader często bezpodstawnie utożsamiany z kreacjonizmem w ogóle, a w istocie niemający z nim zbyt ścisłego związku. Pogląd ten zakłada, że Stwórca nie tylko dał początek istnieniu życia, ale w dodatku stworzył je takie, jakie występuje do dziś (taki pogląd można uznać za odmianę kreacjonizmu chyba tylko wówczas – a i to bez szczególnego przekonania – gdy przez „świat” będziemy rozumieć Ziemię dokładnie w takim kształcie, jaki obserwujemy dzisiaj). W wersji skrajnej zakłada się przy tym niezmienność postaci i liczby gatunków, w wersji umiarkowanej niezmienność liczby tzw. baraminów, czyli rzekomo naturalnych, niezależnie stworzonych taksonów (rodzajów, rodzin), w obrębie których możliwe są zmiany (takie jak np. powstanie ras psów), natomiast nie jest możliwe powstawanie nowych takich jednostek w wyniku procesów naturalnych.

Tego typu koncepcje należałoby raczej określić mianem antyewolucjonizmu, a nie kreacjonizmu, bo przecież nie dotyczą one w istocie początków życia na Ziemi, ale jego dalszego rozwoju. Dość trudno sobie wyobrazić brak ewolucji bez uprzedniej ingerencji czynników nadnaturalnych (a więc antyewolucjonizm bez kreacjonizmu biogenetycznego), jednak całkiem możliwe jest przyjęcie powstania wszechświata w sposób nadnaturalny i jednocześnie dalszy jego rozwój zgodny z prawami natury. Takie właśnie połączenie kreacjonizmu (i to niekoniecznie biogenetycznego) z ewolucjonizmem jest ostatnio przyjmowane przez wielu teologów chrześcijańskich, a zwłaszcza katolickich. W takim też duchu wypowiadają się ostatni papieże.

Nie miejsce tu na szczegółowe prezentowanie różnych dalszych poglądów, utożsamianych (słusznie lub nie) z kreacjonizmem. Istnieją bowiem różne koncepcje odnośnie wieku Ziemi, ciągłości procesu stwarzania (tzw. kreacjonizm progresywny), ilości aktów stwórczych w dziejach naszej planety, itd. Warto jedynie podkreślić z całą mocą, że żadna z tych koncepcji nie jest wnioskiem z przyjęcia założenia o powstaniu wszechświata z niczego, ani nawet wnioskiem o konieczności udziału istot nadnaturalnych w powstaniu życia na Ziemi. Tym bardziej więc nie ma żadnych podstaw, by łączyć kreacjonizm z multilinearyzmem (co przecież przez lata czyniono) ani nawet z katastrofizmem (co niektórzy chcieliby czynić do dziś).

W szczególności z przyjęcia istnienia gwałtownych wydarzeń w przeszłości, wpływających na całą planetę, nie powinno się wysnuwać wniosku, że wydarzenia takie implikują konieczność następujących po nich, wielokrotnych i nadnaturalnych aktów stwarzania. Jeśli wierzyć nowszym analizom3, pospolitym błędem jest przypisywanie takiego łączenia poglądów twórcy teorii katastrof, wspomnianemu wyżej George’owi Cuvierowi. Okazuje się, że wręcz przeciwnie, stwierdzał on wprost, że katastrofy miały charakter ograniczony, i że przeżywały je niektóre organizmy, które rekolonizowały następnie zniszczone obszary. Nie ma więc jego zdaniem podstaw, by zakładać, że po każdej katastrofie zachodził kolejny akt stworzenia. Takie domniemania nie są więc dziełem Cuviera (który tym samym okazuje się o wiele mniej kontrowersyjnym badaczem niż niektórzy chcieliby dziś wierzyć), ale raczej redaktora jego książki, a także jego ucznia Alcide’a d’Orbigny.

Naturalizm

Współczesna nauka przyjmuje za swoją podstawę naturalizm, i kierując się zasadą parsymonii, odrzuca słuszność wszelkich dosłownych koncepcji kreacjonistycznych. Koncepcje te odwołują się bowiem do czynników nadnaturalnych, które umykają poznaniu i mogą być co najwyżej przedmiotem wiary, a nie nauki (stąd „naukowy kreacjonizm” staje się oksymoronem takim samym, jak „czarny śnieg” czy „zimny ogień”). Rzeczywiście, trudno doprawdy uważać za najprostszą czy najbardziej oszczędną koncepcję, która posiłkuje się tezą o istnieniu bytów, których istnienia nie sposób dowieść. Takie stanowisko nie jest bynajmniej osiągnięciem nauki nowożytnej: do naturalizmu przekonani byli już na przykład greccy cynicy. Naturalizm odrzucono w średniowieczu, i to właśnie było jedną z przyczyn ówczesnego zastoju intelektualnego i zacofania, czyli rezygnacji z wielu zdobyczy cywilizacji „pogańskiej”. Musiało minąć wiele stuleci, nim zdobycze te przywrócono społeczeństwom.

W cywilizacji klasycznej naturalizm był poglądem elit, ale nie ogółu społeczeństwa. Przeciętni Grecy owych czasów, nie umiejąc wyjaśnić na przykład natury piorunów, widzieli w nich objawy gniewu Zeusa. Dziś poglądy takie traktujemy z politowaniem tylko dlatego, że odchodziły od możliwości objaśniania świata w kategoriach czynników naturalnych. Zwolennicy kreacjonizmu nie chcą lub nie potrafią zrozumieć, że postępują dokładnie tak samo jak owi antyczni „poganie”. Gdy bowiem pada np. pytanie o pochodzenie życia, zamiast szukać praw przyrody, które prowadziłyby do „ożywienia” martwej materii, kapitulują oni całkowicie. Przyznają się do bezradności i niemocy intelektualnej, do niezdolności ich umysłów do podania naturalnego objaśnienia, i zamiast wysilić się mocniej w poszukiwaniach, zasłaniają się rzekomymi prawdami objawionymi w świętych księgach na tej samej zasadzie, jak Grecy, pytani o przyczynę piorunów, zasłaniali się własną mitologią.

Naturalizm należy rozumieć w sposób adekwatny; nie wolno go zawężać ani też go nadinterpretować. Warto na przykład spostrzec, że pogląd o powstaniu wszechświata w wyniku Wielkiego Wybuchu nie daje podstaw do wyciągania jakichkolwiek wniosków o tym, co zapoczątkowało jego istnienie, a jedynie opisuje jego losy po tym, jak już zaczął istnieć. Z braku przesłanek naukowych nie mówi się w tej koncepcji ani o Stwórcy, ani o samym akcie stworzenia, i dlatego pozostaje ona naturalistyczna. Gdyby jednak przyjąć, że przyczyną Wielkiego Wybuchu była ingerencja istoty nadprzyrodzonej, wówczas teorię należałoby nazwać kreacjonistyczną (w sensie kosmogonicznym).

Naturalizm i pewne odmiany kreacjonizmu, jeśli w ogóle tworzą antynomię, to tylko taką dość szczególnego rodzaju. W myśl zasady parsymonii naturaliści powstrzymują się bowiem od odpowiedzi, co było przed Wielkim Wybuchem, wyznaczając tym samym granice poznaniu naukowemu. Kreacjoniści natomiast uznają najwyraźniej, że prościej jest jednak takiej odpowiedzi udzielić. Nie robią tego jednak w oparciu o obserwacje czy doświadczenia, ale o przeświadczenia, których sami nie potrafią przekonująco uzasadnić.

Kreacjonistyczne podejście owocuje jednak kłopotliwymi skutkami. Rozmyciu ulegają granice nauki, i nie wiadomo, dokąd sięgają jej kompetencje. Zamiast empirii, źródłem poznania zaczynają być święte księgi, a jak uczy historia, takie założenie miewa często tragiczny finał. Oczywistą nieprawdą jest twierdzenie, że owe księgi niosą w sobie jasny przekaz, bo gdyby tak było, nie doszłoby nigdy do podzielenia religii na setki odłamów, z których każdy dokonuje własnych interpretacji natchnionych starożytnych tekstów. Niestety, interpretatorzy postrzegają przy tym efekty swojej pracy jako jedyne dopuszczalne, i każdego, kto myśli inaczej, będą uznawać za heretyka, co dla nas jest jednak najmniejszym problemem. Znacznie gorzej będzie, gdy dana im (lub zawłaszczona przez nich) władza pozwoli im się z tymi heretykami rozprawić (tak jak rozprawili się z Giordanem Bruno). Gdybyśmy wciąż polegali na świętych księgach, wciąż przekazywalibyśmy sobie wiadomości przez posłańców i podróżowalibyśmy konno. Ponieważ na szczęście na pewnym etapie rozwoju społecznego udało nam się oddzielić wiarę od nauki, mamy dziś telefony i komputery. I to jest chyba najlepsza odpowiedź na zarzut kreacjonistów, że pytanie o początek istnienia wszechświata wymaga przyjęcia tezy o istnieniu Stwórcy.

Jeśli przyjmiemy kreacjonistyczny wyjątek od zasady naturalizmu i dopuścimy konieczność założenia istnienia Stwórcy, kłopotliwe stanie się pytanie o ingerencję tegoż Stwórcy w już stworzone dzieło (czyli o zjawiska w aktualnej rzeczywistości, których nie da się wyjaśnić w sposób naturalny). Największy kłopot jednak jest taki, że czas jako jeden z wymiarów czasoprzestrzeni jest częścią wszechświata, zgodnie więc z ideologią kreacjonistów musiał zostać wraz ze wszechświatem stworzony. Pytanie, co było przed Wielkim Wybuchem, traci wobec tego sens. Argumentacja kreacjonistów, że konieczne jest odniesienie się do czynników nadnaturalnych, bo wszechświat musiał mieć nienaturalny początek, nie ma więc jakiejkolwiek podstawy.

Tłumacząc rzecz nieco prościej, powiemy po prostu, że „świat powstał z niczego” i „świat został stworzony z niczego” nie są stwierdzeniemi równoważnymi. Nie mają przy tym żadnego sensu argumenty w rodzaju tego, że skoro wcześniej świata nie było, a potem był, to znaczy, że ktoś musiał go stworzyć. Istota problemu sprowadza się bowiem do spostrzeżenia, że skoro czas powstał wraz ze światem, jako jego nieodłączna część, to nie było żadnego „wcześniej”. Jeśli mówimy, że świat powstał z niczego, rozumiemy to bardzo szeroko. „Przed” światem nie było niczego, w tym także czasu. Na pewno trudno jest wyobrazić to sobie w sposób właściwy, ale to nie daje nam jeszcze powodów, by podobnie jak starożytni Grecy poddawać się i powoływać na czynniki nadprzyrodzone. Lepiej i prościej jest stwierdzić, że nauka nie ustaliła, co było przyczyną Wielkiego Wybuchu, że nie wiadomo, czy kiedykolwiek w pełni odpowie na to pytanie, a nawet że pytanie to może być źle sformułowane.

Jeśli ktoś jest przeświadczony, że tego rodzaju odpowiedź jest niepełna, i że konieczne jest odwołanie się do Stwórcy, ma zawsze prawo do pozostania przy tym przeświadczeniu. Trzeba sobie jednak jasno powiedzieć, że nie wynika ono z powodów dostarczonych przez naukę. Nie ma też żadnych podstaw, by przeświadczenie to rozwijać nadmiernie. Można na przykład wierzyć, że ów Stwórca, zapoczątkowując istnienie wszechświata, nadał mu takie a nie inne prawa, które dziś zwiemy prawami natury, i tylko dzięki temu prawa te zaczęły działać, prowadząc już w sposób czysto naturalny do powstania Słońca, Ziemi, życia na naszej planecie, wreszcie i naszego gatunku. Takie myślenie nie wynika z nauki, ale też z nią nie koliduje. W gruncie rzeczy nie ma antynomii między tak rozumianym kreacjonizmem a naturalizmem, przynajmniej dopóki kreacjonizm pozostaje całkowicie poza nauką i poza poznaniem naukowym. Natomiast przeświadczenie o tym, że na przykład powstania życia nie da się wyjaśnić działaniem praw natury, jest już niedopuszczalnym wtargnięciem kreacjonizmu do obszaru, w którym nie ma dla niego miejsca.

Odpowiednio rozumiany kreacjonizm nie koliduje ani z ewolucjonizmem, ani z teorią biogenezy, ani tym bardziej z gradualizmem, katastrofizmem czy jakimkolwiek innym poglądem z tej kategorii. Problem polega jedynie właśnie na tym odpowiednim rozumieniu, i tak naprawdę jest on równoważny z oddzieleniem wiary od wiedzy. Między bajki należy włożyć twierdzenia o rzekomym istnieniu „kreacjonizmu naukowego”, po prostu dlatego, że cała nauka opiera się na doktrynie naturalizmu, a kreacjonizm doktrynę tę łamie. Nauka nie odwołuje się do cudów, leśnych duszków, elfów ani bóstw. Jednocześnie nie ogranicza niczyjej wiary – ale jedynie tak długo, jak długo wiara ta nie wkracza bezpośrednio do sfery dla nauki zarezerwowanej.

Ewolucjonizm i antyewolucjonizm

Działanie zasady parsymonii świetnie ilustruje także analiza idei zmienności i stałości gatunków, czyli odpowiednio ewolucjonizmu i antyewolucjonizmu. Okazuje się bowiem, że wcale nie jest oczywiste, która z nich jest bardziej intuicyjna. Z jednej strony widzimy, że z jaja kury wykluwa się pisklę kury (lub koguta), a nie przepiórka, a z jaja kaczki wykluwa się kaczka, a nie łabędź (pomijając baśń o brzydkim kaczątku, która niekoniecznie dokładnie oddaje rzeczywistość). Podobnie krowa nie urodzi nigdy źrebięcia, a kobieta nie urodzi szympansiątka. Co wiecej, nie skrzyżujemy raczej jeża z wężem. Nawet krzyżowanie konia z osłem, choć możliwe, wydaje się być wbrew naturze, skoro muły (i osłomuły), wyniki takich krzyżówek, są prawie zawsze bezpłodne. A krzyżówki kozy z owcą to już udają się w ogóle tylko w genetycznych laboratoriach, co tym bardziej podkreśla ich nienaturalność. Wydaje się zatem, że niezależnie od upływu czasu każdy organizm rozmnaża się tylko w obrębie swojego gatunku.

Nasza intuicja w zakresie analizowanego problemu nie może jednak być aż tak jednostronna. Musimy zatem przede wszystkim zauważyć, że zmienność w otaczającej nas rzeczywistości jest o wiele bardziej powszechna od stałości. Każdy z nas ludzi zmienia się z upływem czasu, i to zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Zmienia się nasz wygląd, ale także poglądy, postawy i zapatrywania. Zmienia się nasza prywatna wiedza o świecie – codziennie dowiadujemy się czegoś nowego i czegoś nowego doświadczamy, zdarza nam się też zapomnieć o szczegółach zdarzeń, w których kiedyś uczestniczyliśmy. Wokół nas budowane są nowe domy i burzone są stare, pojawiają się nowe ulice, nowe sklepy, nowe samochody, a odchodzą w niepamięć elementy rzeczywistości, do których byliśmy przyzwyczajeni przez lata. Rzeki podmywają brzegi, a czasem całkiem zmieniają swoje koryta, wyrastają potężne drzewa, a przewracają się lub są ścinane stare, od skał odrywają się niekiedy potężne bloki. Przez tysiące lat niszczeniu ulegają nawet potężne piramidy. Nic nie jest zatem tak naprawdę niezmienne, a jedynym, co różni od siebie elementy naszej rzeczywistości, jest podatność na zmiany, manifestująca się szybkością ulegania przekształceniom czy niszczeniu.

Jakie mamy więc właściwie podstawy, by naiwnie wierzyć, że w otaczającym nas oceanie zmienności znajdują się wyspy wiecznej stabilności? Czy przekonanie takie nie byłoby skrajnie naiwne i głęboko nieintuicyjne? Jeśli prawdą jest to, co zauważył już Heraklit z Efezu, że „wszystko płynie i nic nie pozostaje takie samo” (τὰ πάντα ῥεῖ καὶ οὐδὲν μένει), to właściwie dlaczego organizmy żywe miałyby stanowić jakiś niepojęty wyjątek? Nie chodzi przecież o to, by szympansica nagle urodziła ludzkie dziecko, ale o to, by potomstwo w kolejnych generacjach było coraz bardziej odmienne od swoich przodków. Różnice te zresztą istnieją naprawdę i mogą być obserwowane w dłuższych przedziałach czasowych: przecież nikt chyba nie ma wątpliwości, że wszystkie znane dziś, jakże różnorodne rasy psów wywodzą się od przodków, którzy wyglądali zupełnie inaczej. Dziś potomstwem pary jamników są wyłącznie jamniki, a przecież ich odlegli przodkowie nie byli jamnikami i przypominali raczej wilczury! Jeśli ktoś pyta, dlaczego szympans nie urodzi człowieka, niech spyta także, dlaczego wilczur nie urodzi jamnika, a następnie niech odpowie na pytanie, skąd się wzięły jamniki. Dla kogoś, kto umie dostrzec heraklitowską zmienność wszechrzeczy, nie istnieje problem jamnika. Natomiast dla kogoś, kto nie umie lub nie chce zmusić się do nieco tylko dokładniejszej obserwacji świata, wilczury zawsze będą rodzić wilczury, a pochodzenie jamników pozostanie wynikiem cudu. Jednym słowem, przekonanie o zmienności gatunków wcale nie jest tak głęboko nieintuicyjne jakby tego chcieli niektórzy zadeklarowani antyewolucjoniści, którzy usiłując przekonać innych o „naturalności” stałości gatunków przekonują jedynie o ograniczeniach własnego umysłu.

Zasada parsymonii wskazuje więc wyraźnie na zmienność gatunków jako ideę prostszą, oszczędniejszą (nie musimy tworzyć wyjątku od zasady zmienności wszechrzeczy!) i bardziej intuicyjną. Jest jednak całkiem innym problemem, że nie wynikają z tego właściwie żadne wnioski odnośnie słuszności unilinearyzmu lub multilinearyzmu (ponieważ te koncepcje nie mają nic wspólnego z ideą zmienności czy też stałości i służą przede wszystkim do klasyfikowania organizmów).

Ewolucjonizm jest prostą konsekwencją naturalizmu, oba te poglądy nie są jednak równoznaczne. Zmienność gatunków bowiem wcale nie implikuje (przynajmniej teoretycznie) przekonania o braku konieczności aktu stworzenia czy szerzej ingerencji czynników pozaziemskich. Już jednak przekonanie o niezmienności życia wymaga przyjęcia, że powstało ono w cudownym akcie stworzenia. Związek kreacjonizmu z antyewolucjonizmem jest więc także raczej jednostronny (antyewolucjonizm implikuje kreacjonizm, ale nie odwrotnie).

naturalizm ewolucjonizm
kreacjonizm antyewolucjonizm

Stąd wniosek, że wbrew utartym przekonaniom antynomią (zaprzeczeniem) ewolucjonizmu nie jest kreacjonizm. Nic nie stoi na przeszkodzie, by wierzyć, że przyczyną istnienia świata jest istota nadprzyrodzona, i jednocześnie by wiedzieć, że świat rozwija się zgodnie z prawami natury, i że do objaśnienia tego rozwoju nie jest potrzebne odwoływanie się do działania czynników nadnaturalnych. Ba, nie ma nawet sprzeczności w przyjmowaniu (zupełnie już nienaukowej) tezy o nadnaturalnym stworzeniu osobnych baraminów oraz o naturalnej ewolucji w obrębie tych baraminów (można więc być kreacjonistą biogenetycznym i jednocześnie dopuszczać istnienie mikroewolucji).

Z kolei jednoczesne zaakceptowanie zmienności życia i jego multilinearyzmu (co w czasach Darwina wydawało się nie do pomyślenia), a przy tym eliminacja (lub przynajmniej ograniczenie) działania czynników nadprzyrodzonych (co też czyni się dziś powszechnie w nauce) prowadzą do interesujących wniosków. Życie bowiem rozwija się i różnicuje samo, a częstym przejawem tego rozwoju jest z jednej strony tworzenie różnych, jedynie pozornie podobnych rozwiązań (np. delfiny i rekiny z pozoru są podobne do siebie, ale w istocie dzielą je głębokie różnice), z drugiej zaś komplikacja i doskonalenie budowy poprzez osiąganie kolejnych stopni organizacji, co zachodzi w różnych liniach rozwojowych całkiem niezależnie (zapewne jest to wynik oddziaływania tych samych czynników środowiska, ale to znów całkiem osobna kwestia, niezwiązana z wyborem między stałością a zmiennością gatunków).

Ewolucjonizm i multilinearyzm są więc razem w stanie wytłumaczyć zjawiska ewolucji równoległej i zbieżnej (konwergencji), a także istnienie światów alternatywnych, czyli zespołów organizmów bytujących bądź na różnych kontynentach, bądź w różnych okresach geologicznych, wśród których znajdziemy gatunki podobne do siebie w mniejszym lub większym stopniu, choć mające całkiem różne pochodzenie (czyli wywodzące się od zupełnie niepodobnych przodków)4.

Darwinowska myśl ewolucyjna opierała się na założeniach, z których nie wszystkie akceptuje się dziś w pełni. Podstawy pozostają oczywiście niewzruszone, uzupełniono je ponadto o część genetyczną, która w czasach Darwina jeszcze nie istniała. Nikt dziś nie przeczy, że budowa organizmów jest zakodowana w ich materiale genetycznym. Informacje zawarte w DNA przechodzą z pokolenia na pokolenie, natomiast nie przenoszą się cechy nabyte w czasie rozwoju osobniczego poszczególnych osobników (tym właśnie ewolucjonizm darwinowski różni się od lamarckizmu). Organizmy należące do jednego gatunku nie są wszystkie takie same: w przyrodzie istnieje zmienność, której źródłem są przypadkowe błędy przy powielaniu materiału genetycznego, zwane mutacjami. Wiele mutacji jest niekorzystnych, a nawet śmiertelnych, znacznie rzadziej zdarzają się takie, które powodują rozwój cech bardziej korzystnych w warunkach środowiska, w których bytuje dany osobnik.

Żywe organizmy charakteryzują się dużą rozrodczością – zawsze powstaje więcej młodych osobników niż jest w stanie przeżyć. Eliminowane są przede wszystkim osobniki słabsze (które nie mogą się rozwijać z braku pożywienia, są mniej odporne na choroby, albo częściej zjadane przez inne organizmy), dlatego statystycznie częściej przeżywają i wydają potomstwo osobniki lepiej przystosowane. W rezultacie tego procesu, zwanego doborem naturalnym, w ciągu kolejnych pokoleń zmienia się skład genetyczny populacji (i w rezultacie całego gatunku). Tak rozumiany dobór naturalny nie musi być zresztą jedynym czynnikiem powodującym zmiany genetyczne. Czasami sporą rolę odgrywa czysty przypadek (eliminując osobniki o określonych cechach) – mamy wówczas do czynienia z dryfem genetycznym. Kiedy indziej znów pewne osobniki mniej podobają się partnerom z czysto subiektywnych powodów (niemających związku z ich zdolnościami przystosowawczymi) i to sprawia, że giną bezpotomnie, a wraz z nimi ich geny (mechanizm ten nazwano doborem płciowym). Zdarza się też, że za dobór osobników do rozpłodu odpowiadają nie drapieżniki, nie kapryśne samice, nie uśmiech losu, ale człowiek (hodowca). Wówczas mówimy, że zachodzi dobór sztuczny, jednak skutek jego działania pozostaje taki sam jak w wypadku pozostałych, wyżej wymienionych mechanizmów wywołujących zmiany.

Nad szczegółami można dyskutować, jednak dyskusja taka nie podważa dość oczywistego chyba spostrzeżenia, że częstotliwość poszczególnych odmian genów (alleli) w populacjach nie jest stała, i z różnych powodów zmienia się w czasie. Niewidoczne bezpośrednio zmiany genetyczne powodują widoczne zmiany fenotypowe, na które oddziałuje dobór. Po upływie setek pokoleń są one już tak duże, że zaczynają być zauważalne gołym okiem (a dowodem na prawdziwość takiej tezy jest powstanie setek zróżnicowanych ras zwierząt domowych w wyniku działania doboru sztucznego). W ciągu zaś dziesiątek czy setek tysięcy pokoleń powstają zupełnie nowe gatunki. Proces ten, zachodząc dostatecznie długo, jest w stanie doprowadzić do ukształtowania organizmów zupełnie do siebie nie podobnych. Tym sposobem ewolucja zaczyna się od drobnych, niemal niewidocznych zmian, ale na nich się nie kończy.

Z przedstawionego bardzo krótkiego zarysu najważniejszych podstaw współczesnej teorii ewolucji wnioskować należy, że dziś nie przykłada się już wagi do wielu tez, które w przeszłości były wręcz dominujące w ówczesnej myśli ewolucyjnej. W odmienny niż kiedyś sposób rozumie się zwłaszcza postępowy charakter ewolucji. Dziś twierdzimy raczej, że pomijając zmiany przypadkowe, ewolucja jest przede wszystkim procesem dostosowawczym organizmów do środowiska. Komplikacja ich budowy, często utożsamiana z ewolucyjnym postępem, zachodzi więc tylko wówczas, gdy podnosi ich przeżywalność. Tak właśnie dzieje się dość często, ale nie zawsze. Rzeczywiście, niektóre „wybory” ewolucji, takie jak na przykład opanowanie nowego środowiska (zwłaszcza wyjście z wody na ląd) oznaczają dla organizmów wielkie wyzwanie i stwarzają mnóstwo możliwości dostosowawczych, wymagających jednak niekiedy drastycznych zmian w organizacji ciała. Aby możliwości te wykorzystać, potrzeba niekiedy setek milionów lat – stąd właśnie wrażenie postępującej komplikacji budowy i stopniowego przechodzenia na coraz wyższy poziom organizacji. Ale już na przykład dla pasożytów dostosowanie polega na ogół na uproszczeniu budowy. Podobnie zwierzęta osiadłe, rezygnujące z aktywnego sposobu zdobywania pokarmu, często upraszczają swoją anatomię, przechodząc niejako na niższy poziom organizacji. Ewolucja biologiczna nie jest więc absolutnie równoznaczna z pięciem się po drabinie jestestw.

A w szczególności nie powinno się widzieć w naszym własnym gatunku ukoronowania stworzenia! I rzeczywiście, nowocześni przyrodnicy tak nie robią: od wielu już lat podręczniki zoologii nie kończą się wcale omówieniem rzędu naczelnych, do którego zaliczamy i nasz gatunek.

Innym obalonym mitem, wynikającym z przyjęcia niepotrzebnego i dość dowolnego założenia, jest teza o kierunkowości ewolucji. Według niej ewolucja dąży uparcie i niewzruszenie do z góry zaplanowanego celu. Dziś nasza pogłębiona przez lata wiedza każe patrzeć na ten problem całkiem inaczej. Dostrzegamy raczej, że w historii rodowej organizmów nie było raczej zbyt długotrwałych, jednokierunkowych trendów. Na przykład ryby trzonopłetwe opuściły środowisko wodne i wydały z siebie płazy, wśród których znów zjawiały się gatunki coraz lepiej przystosowane do życia na lądzie. Wrażenie ewolucyjnego trendu wynika z faktu, że w owym czasie wszystkie zmiany prowadzące w tym kierunku były premiowane: lepiej dostosowane organizmy mogły łatwiej korzystać z zasobów niedostępnych dla innych. Pojawienie się pierwszych gadów nie było więc skutkiem działania jakiegoś ewolucyjnego, jednokierunkowego dążenia, ale raczej utrwalania się zmian, które pozwalały na zajmowanie kolejnych, wolnych dotąd nisz ekologicznych.

Spójrzmy jednak na dalsze losy gadów. Jedna z grup włączanych tradycyjnie do tej gromady, zwana terapsydami, zachowała wiele cech płazich przodków zupełnie niekojarzących się nam dziś z gadami (takich jak obecność dwóch kłykci potylicznych, wydalanie płynnego moczu czy skóra bogata w gruczoły), ale rozwinęła stałocieplność i inne cechy, które pozwoliły jej zupełnie zdominować życie na lądzie w końcu ery paleozoicznej. Obok nich rozwijały się też gady „nowocześniejsze”, i wydawałoby się, lepiej dostosowane do warunków życia na lądzie (z jednym kłykciem potylicznym, wydalające stały mocz z zawartością kwasu moczowego zamiast mocznika, pokryte zrogowaciałymi łuskami lepiej chroniącymi je przed wysychaniem), ale z jakichś powodów nie mogły przez dziesiątki milionów lat spożytkować tych swoich przystosowań. Najdziwniejsze (dla zwolenników dosłownie rozumianej jednokierunkowości ewolucji) jest jednak to, że wśród ich potomków, największy sukces osiągnęły te, które wróciły do środowiska wodnego!

Po pewnym, niezbyt długim czasie, ewolucja zawróciła raz jeszcze. Następcy wtórnie wodnych gadów powrócili znów do życia na lądzie. Tym razem byli jednak zaopatrzeni w szereg nowych przystosowań, takich jak silniejszy rozwój tylnej pary kończyn. To z kolei doprowadziło do dwunożnego chodu i niespotykanej dotąd w świecie kręgowców sprawności poruszania się. Wodny epizod i kluczenie ewolucji, jawnie przeczące „dogmatowi” jej kierunkowości, okazały się niezbędne, by światem na 140 milionów lat mogły zawładnąć dinozaury! Mało to, zwierzęta te (wbrew potocznym mniemaniom) wcale nie wymarły. W ich obrębie powstały przecież ptaki, świętujące dziś niebywały sukces ewolucyjny.

Realizacja ewolucyjnych korzyści przez potomków gadów, które ponownie opuściły środowisko wodne, doprowadziła (obok zmian klimatycznych i zapewne także innych czynników) do całkowitego wyginięcia „klasycznych” terapsydów. Powstałe z nich ssaki zostały natomiast na wiele dziesiątków milionów lat zepchnięte na margines życia lądowego. Zwierzęta te ograniczyły rozmiary ciała i przeszły do nocnego trybu życia, co pozwoliło im uniknąć konkurencji ze strony dinozaurów, której nie byłyby w stanie wygrać. Dopiero wymarcie dotychczasowych władców planety z przyczyn, którymi zajmiemy się w dalszym ciągu, otworzyło ssakom drogę do sukcesu.

Nawet historia naszej własnej linii ewolucyjnej dostarcza dowodów na absurdalność tezy o kierunkowym charakterze ewolucji. Nasi przodkowie z górnego permu, całkiem słusznych rozmiarów, ulegli miniaturyzacji i przeszli do nocnego trybu życia, polując na owady i inne drobne organizmy. Gdy pojawiły się odpowiednie możliwości, skolonizowali drzewa i przeszli na roślinożerność – tylko po to, by po upływie odpowiednio długiego czasu raz jeszcze przejść do życia naziemnego i do wszystkożerności.

Jak się zatem okazuje, ewolucja wcale nie jest, a przynajmniej nie musi być, jednokierunkowa. Podobnie można polemizować z powtarzanym przez lata twierdzeniem, że jest nieodwracalna. To prawda, że dokładne odtworzenie istniejacego niegdyś gatunku nie jest możliwe (a raczej jest niesłychanie mało prawdopodobne). Jednak już powtórzenie istniejących niegdyś rozwiązań jest w pełni możliwe. W tym sensie ewolucja jest powtarzalna. I właśnie dlatego w historii życia możemy dopatrzeć się wielu światów alternatywnych, stąd tak wiele przykładów ewolucji równoległej i zbieżnej.

Jeszcze innym filozoficznym dogmatem dawnych ewolucjonistów, który zupełnie niepotrzebnie związali ze swoją teorią, jest teza o stopniowości ewolucji (której pochodną jest omówiony niżej gradualizm). Nie warto analizować jej szerzej, bo przecież traci ona sens wobec bardzo ograniczonej kierunkowości procesów ewolucyjnych i jedynie iluzorycznego ich postępowego charakteru. Skoro ewolucja nie musi być postępowa, to trudno też ustalić, co właściwie oznaczałoby, że jest stopniowa. Poprzestańmy więc jedynie na konkluzji, że żadnego pożytku nie przynosi nadmierne filozofowanie czyli próbowanie dokonywania uogólnień za wszelką cenę. Dzięki takim uogólnieniom łatwiej jest tworzyć ideologie i oddzielać „swoich” (tj. zwolenników) od „obcych” (przeciwników danej koncepcji), ale można przy okazji niepotrzebnie zdryfować na mielizny niepotrzebnych sporów.

Zamiast mówić o stopniach jednoznacznie kojarzących się z postępem, znacznie właściwiej jest stwierdzić, że ewolucja wyklucza zmiany nagłe, i tym różni się od rewolucji. Warto jednak zdać sobie sprawę, co właściwie oznacza zmiana nagła – ocena jej tempa zależy bowiem od rozdzielczości czasowej, z jaką spoglądamy. O zmianie prawdziwie nagłej, rewolucyjnej, mówilibyśmy, gdyby na przykład szympansica urodziła ludzkie dziecko. Takiej zmiany ewolucja nie przewiduje. W wypadku dość szybko chyba ewoluujących hominidów do uformowania się nowego gatunku potrzeba, jak się wydaje, kilkuset tysięcy lat, a to oznacza kilkadziesiąt tysięcy pokoleń, a nie tylko jednego. To oznacza, że zmiana, która z geologicznego punktu widzenia może być postrzegana jako gwałtowna, faktycznie jest jednak niesłychanie wolna, niemożliwa do zaobserwowania w ciągu życia jednego człowieka.

Uniformitarianizm

Problem szerokości perspektywy czasowej, z którą spoglądamy na historię życia, pojawia się także przy kolejnej doktrynie związaną z tym zagadnieniem. Zwiemy ją aktualizmem geologicznym, uniformitaryzmem lub uniformitarianizmem. Koncepcja ta została przyjęta jako jedna z podstawowych zasad geologii. Głosi, że w przeszłości na skorupę ziemską (a więc także na rozwijające się życie) działały czynniki podobne do obecnych, i wywołujące podobne skutki jak dziś. Jej twórcą był XVIII-wieczny szkocki geolog James Hutton, a propagatorem żyjący 100 lat później geolog angielski Charles Lyell.

Co do zasady, doktrynie tej trudno odmówić słuszności, bo przecież jest ona implementacją naturalizmu – prostą konsekwencją wykluczenia działalności czynników o charakterze nadnaturalnym. Jednak diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. Niektórzy uczeni mają bowiem tendencję do traktowania pewnych stwierdzeń jako ideologicznych podstaw wszelkich tworzonych teorii i hipotez. A historia nauki już nieraz pokazała, że przedkładanie ideologii nad tzw. zdrowy rozsądek prowadzi w najlepszym razie na manowce. Żadnej idei nie powinno się bowiem stosować bez względu na okoliczności, bez uprzedniej dokładnej analizy sytuacji, jaką akurat rozważamy. Bez takiej analizy, doktryny w rodzaju aktualizmu geologicznego lepiej jest traktować jako ogólne wskazówki niż jako ograniczenia uprawiania działalności naukowej. Łatwo bowiem przejść od słusznej idei do jej nieuprawnionej generalizacji. A takie nadinterpretacje jedynie oddalają nas od prawdy.

Aktualizm geologiczny niewątpliwie ułatwia zrozumienie, w jaki sposób i w jakim tempie powstawały osady kopalne, dziś widoczne w postaci skał na powierzchni Ziemi (co z kolei pozwalało w przeszłości szacować wiek naszej planety). Obserwując jednoznaczne przejawy działania dawnych lodowców, możemy też wnioskować o klimacie w ubiegłych epokach i o zasięgu ówczesnych zlodowaceń. Jednak czy to wystarcza do pełnego zrozumienia dziejów Ziemi?

Wspomniany wyżej Lyell, reformując ówczesną geologię, przyjął dość arbitralnie, że teraźniejszość geologiczna obejmuje ostatnie 3000 lat, a więc czas, który został lepiej lub gorzej udokumentowany w źródłach pisanych. Według niego w całej przeszłości geologicznej Ziemi działo się to samo, i tylko to samo, co od mniej więcej roku 1000 p.n.e. do dziś, a co więcej, procesy geologiczne w przeszłości miały natężenie takie samo jak dziś. Podobnie myślał zresztą już Hutton sto lat przed Lyellem.

Dziś patrzymy na aktualizm geologiczny nieco inaczej, już choćby tylko dlatego, że zasada ta uniemożliwia wyjaśnienie powstania naszej planety. Wiemy przecież, że był w dziejach wszechświata okres, gdy Ziemi jeszcze nie było, a do jej ukształtowania się przyczyniły się całkiem inne siły niż te, które działają na niej obecnie. Jeśli zasada aktualizmu miałaby być słuszna, musiałaby zacząć działać dopiero począwszy od jakiegoś momentu. Od razu rodzi się pytanie, od jakiego momentu, i dlaczego właśnie od tego.

Fakt, że Ziemia nie istnieje odwiecznie, każe postrzegać jej trwanie jako pewien proces. Przez długi czas na naszej planecie nie było praktycznie wolnego tlenu, i już tylko sam ten fakt musiał powodować, że zachodziły na niej inne niż dziś zjawiska geologiczne. Inny był rozkład oceanów i kontynentów, inna była grubość skorupy. Mamy dowody, by sądzić, że Księżyc krążył kiedyś bliżej niż obecnie. Wszystkie te czynniki wpływały niewątpliwie na zakres i intensywność wulkanizmu czy erozji, które musiały mieć inne natężenie niż mają dziś.

Zatem aktualizm geologiczny nie powinien być rozumiany dosłownie, zresztą przekonanie, że istnieją uniwersalne doktryny nadające się do bezwarunkowego zastosowania w każdej sytuacji jest zupełnie bezzasadne i nieracjonalne. O wiele bardziej usprawiedliwione jest metodologiczne rozumienie uniformitarianizmu jako doktryny, zgodnie z którą znajomość współczesnych procesów i skutków ich działania pozwala na poprawną interepretację zjawisk geologicznych zachodzących w przeszłości, bez niezbędnego warunku, że zachodziły one w taki sam sposób i z taką samą intensywnością, jak dziś.

Niektórzy do dziś rozumieją aktualizm w jeszcze inny sposób, mianowicie jako antykatastrofizm – doktrynę negującą istnienie w przeszłości katastrof na Ziemi, zachodzących na skalę całej planety czy choćby kontynentu. I znów trzeba stwierdzić po raz kolejny, że takie stanowisko jest nieuprawnionym wypaczeniem zasady uniformitarianizmu. W istocie bowiem uniformitarianizm we współczesnym rozumieniu podkreśla, że procesy geologiczne mają źródło naturalne, tzn. że nie są powodowane przez czynniki nadnaturalne. Nic natomiast nie mówi o rodzaju tych naturalnych czynników. Błąd polega tu na arbitralnym przyjęciu czasu trzech ostatnich tysięcy lat jako bazy, która miałaby jakoby zawierać wszystkie typy zjawisk wpływających na geologiczne zmiany na naszej planecie. Tymczasem na Ziemi zdarzają się zjawiska zdarzające się rzadziej, a nawet znacznie rzadziej. Można więc postawić pytanie, dlaczego baza została ustawiona na 3000 lat, a nie na 3 lata albo 3 ostatnie sekundy; równie dobrze można by przecież ją wydłużyć tak, by obejmowała 3 miliony lat, albo nawet i 3 miliardy lat.

Istnieją procesy wpływające na kształt Ziemi, które zachodzą stale, i w ich wypadku długość bazy nie ma znaczenia. Są jednak też doskonale znane nauce zjawiska, które występują tylko okresowo. Należą do nich na przykład potężne erupcje wulkanów. Określenie „potężne” jest oczywiście umowne; na szczęście nauka dysponuje narzędziami bardziej obiektywnymi. Do porównywania siły wybuchów wulkanów służy mianowicie indeks eksplozywności wulkanicznej VEI (z ang. Volcanic Explosivity Index), bazujący na objętości magmy, bomb, pyłów i gazów wydostających się z wulkanu. Jest to wskaźnik logarytmiczny: dwa wybuchy o indeksie VEI różniącym się o jednostkę mają siłę różniącą się dziesięć razy.

W XX wieku trzema największymi były erupcja wulkanu Novarupta na Alasce w roku 1912, Pinatubo na Filipinach w roku 1991 oraz Santa María w Gwatemali w roku 1902; każdej z nich (i dziewięciu innym) przypisano VEI = 6, co oznacza ponad 10 km3 wyrzuconego materiału. Podobną siłę miała erupcja Krakatau w Indonezji w 1883 oraz Puyehue w Chile w 2011. W każdym momencie na Ziemi trwają jakieś wulkaniczne erupcje, jednak jak widać nie zawsze mają one na tyle dużą siłę, by wpływać na całą planetę. Takie ogólnoplanetarne oddziaływanie miał na przykład wybuch wulkanu Pinatubo, który spowodował globalne obniżenie temperatury średnio o pół stopnia. Można więc właściwie powiedzieć, że miał on charakter ogólnoplanetarnej katastrofy, co już zadawałoby kłam antykatastrofistom.

W niedawnej historii zdarzały się jeszcze potężniejsze erupcje. Według niektórych źródeł w ciągu ostatnich 3 tysięcy lat miało miejsce 6 wybuchów o indeksie VEI = 7; inne źródła szacują ilość takich erupcji na zaledwie 4 w ciągu ostatnich 10 tys. lat. Mowa o zjawiskach skutkujących ponad 100 km3 wyrzuconego materiału. Należała do nich z pewnością jedynie erupcja wulkanu Tambora w Indonezji w roku 1815, której skutkiem był „rok bez lata” i klęska głodu w Europie. Inne podobne zdarzenia nie zostały dostatecznie udokumentowane. Mógł do nich należeć wybuch indonezyjskiego wulkanu Rinjani w roku 1257, co stwierdzono w wyniku badań popiołów znalezionych w lodach Arktyki i Antarktydy. Podobną siłę mogła mieć erupcja Taupo na Nowej Zelandii w 180 n.e., a także słynny wybuch wulkanu na wyspie Thera (obecnie Santoryn) w Grecji; najnowsze badania szacują jego datę na rok 1627 lub 1613 p.n.e.

Już choćby z tych danych wynika, że w dziejach Ziemi obok zwykłych, cały czas trwających procesów, zdarzały się od czasu do czasu zjawiska o potężnej sile, mogące oddziaływać na całą planetę. Jeśli wybuch wulkanu o indeksie VEI = 6 może wywołać obniżenie temperatury na całej planecie o 0,5°C, a erupcja o indeksie VEI = 7 skutkuje klęską głodu, to jakie skutki wywołuje wybuch jeszcze dziesięciokrotnie silniejszy? Erupcje superwulkanów o VEI = 8 są na tyle rzadkie, że całkowicie wymykają się przedziałowi czasowemu 3000 lat zaproponowanemu przez Lyella i nie były odnotowane w źródłach pisanych. Jak się szacuje, ostatni tak potężny wybuch miał miejsce około 26,5 tysiąca lat temu i dotyczył wulkanu Taupo. Jeszcze silniejsze mogły być wybuch wulkanu Toba na Sumatrze ok. 73 tys. lat temu oraz wybuch superwulkanu Yellowstone ok. 600 tys. lat temu. Wybuch Toby miał skutki ogólnoplanetarne – efektem zmian klimatycznych, które wybuch ten spowodował, był gwałtowny spadek liczby ludzi na Ziemi do zaledwie kilku tysięcy (dowodzą tego badania genetyczne). Fakty te wskazują na całkowitą arbitralność bazy czasowej 3000 lat przyjętej przez Lyella, w każdym bowiem razie na Ziemi dochodziło do zdarzeń znacznie rzadszych, o potężnym natężeniu, których wpływ na skorupę ziemską i na biosferę nie mógł być niezauważalny.

aaa

Przypisy

1 mlt = milionów lat temu.

2 Jako alternatywną przyczynę rozważa się tu głównie gigantyczne wypływy lawy, które utworzyły tzw. trapy dekańskie.

3 Szerzej o tym problemie traktuje nasz wspaniały i słusznie nagradzany popularyzator nauki doktor Marcin Ryszkiewicz w swojej pierwszej książce „Mieszkańcy światów alternatywnych czyli historia naturalna rozumu” (Warszawa 1987, Wiedza Powszechna, ISBN 978-83-21404-49-3). Choć liczy sobie już trochę lat, jest to wciąż cenna pozycja, którą powinien przeczytać każdy zainteresowany omawianą tu tematyką.

4 W tym miejscu należy ponownie się odnieść do wyżej wymienionej książki Marcina Ryszkiewicza.



Inne artykuły z dziedziny biologiiStrona główna witrynyKoniec świata i wielkie katastrofy w historii Ziemi